Paleo – dlaczego nie!

24 marca 2017

„10 000 lat przed naszą erą”

…nikomu nie śniło się o nadwadze, a co dopiero otyłości. Ludzie jedli to, co upolowali, złowili lub zebrali. Nikt nie dowoził im pizzy na telefon, nie było sklepu spożywczego na każdym rogu, o przetwarzaniu żywności w ogóle nie wspominając. To dlaczego, by nie przenieść ich diety do dzisiejszych czasów? Nie wiem, czy taki był tok myślenia dr. Lorena Cordaina, ale w 2011 r. wydał on książkę „Dieta paleo” i zaczęło się szaleństwo na jej punkcie. Co prawda sam Cordain nie chce być nazywany autorem tej diety i wspaniałomyślnie oddaje cześć jej faktycznemu twórcy – naturze. Jednak wielu traktuje go jako guru tego sposobu odżywiania.

Tak oto na salony (wcale nie przesadzam) wkroczyła dieta paleo, paleolityczna, naszych przodków, jaskiniowca, epoki kamienia łupanego… tyle nazw udało mi się znaleźć. Spotkała się z zainteresowaniem nie tylko ze strony zwykłych zjadaczy chleba, przepraszam mięsa, jak i celebrytów. Uznano, że to doskonały sposób na zbicie zbędnych kilogramów i bycie sprawnym, jak człowiek paleolityczny. Obietnica „możesz zrzucić 20 kg w pół roku” to wszak niemała pokusa.

Mięso, mięso i jeszcze raz mięso…

Piramida żywieniowa ludzi paleo w niczym nie przypomina tej znanej nam. U podstawy leży mięso. Przede wszystkim jest to wołowina, cielęcina, drób oraz ryby i owoce morza. W środkowej części są owoce i warzywa, a na samym szczycie orzechy i owoce jagodowe.

Wg apologetów diety paleo mięso było podstawą żywienia naszych przodków. Trochę to błędne założenie, bo mięso nie leżało w chłodziarkach lub wisiało na hakach u rzeźnika, czyli było dobrem trudno dostępnym. Trzeba je było sobie wybiegać, upolować i wtedy była uczta. No ale pomijam ten aspekt. W zaleceniach diety stawia się na chude mięso wołowe, kotlety cielęce, piersi kurczaka bez skóry, wątróbkę wołową oraz ryby i owoce morza. Najlepiej, jeśli mięso pochodzi z hodowli ekologicznych, a ryby są dzikie (na pewno nie będzie to łosoś hodowlany). Produkty wysokobiałkowe mają zapewnić uczucie sytości, przy czym w odróżnieniu od innych tego typu diet, paleo wyraźnie zaleca unikania tłuszczu.

Polecane są jajka. Oczywiście wyłącznie 0 i 1, czyli te od bardzo radosnych kur biegających po podwórkach i polach.

Co z warzywami? I tu dopiero zaczyna się problem. Teoretycznie można, ale nie wszystkie. Na liście warzyw zakazanych znajdują się wszystkie warzywa strączkowe (np. groch, fasolka szparagowa, fasola, soczewica, bób), warzywa zawierające skrobię (tu przede wszystkim ziemniaki, ale też np. bataty, pasternak i dynia), wszystkie zboża, włączając w to kasze. Co zatem można jeść: zielone warzywa liściaste, warzywa korzeniowe. Ogólnie warzywa występujące w naszej strefie klimatycznej i dla niej charakterystyczne (w takim razie raczej zapomnijcie o bakłażanach, pomidorach i papryce, bo choć u nas hodowane to przecież nie rosły w prapuszczy, po której hasali „polscy” jaskiniowcy ;)). Podobnie zresztą rzecz ma się z owocami.

Orzechy są mile widziane w diecie. Rzecz jasna żadne tam solone, w skorupce, słodzone. To założenie akurat bardzo mi odpowiada. Choć tu po cichu powiem, że ja tam sobie czasem robię domowe orzechy w miodzie i przyprawach 😉 O właśnie, jak miód to dziki. Innych cukrów nie wolno, co oczywiście nie dotyczy owoców, w których jest fruktoza.

Zakazów jest więcej. Przede wszystkim zero nabiału, pod każdą postacią. Już wyżej napomknęłam, że również żadnych zbóż (nawet tych bezglutenowych), strączków, kasz i niczego, co zawiera skrobię. Z tłuszczy dopuszczalna jest oliwa, olej lniany, smalec. Tu jednak trzeba zaznaczyć, że zaleca się ograniczać jak najbardziej użycie tłuszczy. Do picia jedynie woda, woda kokosowa oraz zielona herbata organiczna. Soki tylko własnoręcznie wyciśnięte z dopuszczalnych owoców i warzyw. Czyli żadnych gotowych produktów. Z jadłospisu należy także wykluczyć sól. Łatwo nie jest 😉

„Jestem za, a nawet przeciw” 😉

Zwolennicy mówią, że to nie jest wcale trudna i restrykcyjna dieta. Nie trzeba liczyć kalorii, nie ma też dużej potrzeby zmniejszania porcji. Ten typ jedzenia zapewnia uczucie sytości. Co więcej dopuszczalne są drobne grzeszki i świat się nie zawali, jeśli raz na jakiś czas zdarzy się nam kawałek szarlotki, czy piwo z przyjaciółmi.

Nie można jednak zapomnieć, że nasze praszczury naganiały się przez dzień cały, czy to łapiąc łanię (polowanie często polegało na zabieganiu zwierzęcia na śmierć), czy wygrzebując korzonki, czasem ze zmarzniętej ziemi. Żaden człowiek paleo nie gnił leniwie przed kompem albo nie oglądał telewizora przez pół dnia. Nawet wykonując pracę fizyczną, czy będąc sportowcem amatorem, ruszamy się mniej niż oni. Dostarczali oni o wiele mniej kalorii niż przeciętnie żyjący dzisiaj człowiek, a przy tym mieli duży wydatek energetyczny. Bilans był więc raczej na minus i nie groziło im przytycie.

Pewne założenia diety paleo są słuszne, jak np. powrót do lokalnych produktów, wykluczenie cukrów i soli oraz produktów przetworzonych. Natomiast całkowity brak zbóż, kasz, strączków i wreszcie nabiału dla mnie jest niemal nieakceptowalny. Również dietetycy zwracają uwagę na to, że wykluczenie wielu z tych produktów jest błędem tego sposobu odżywania.

Dlatego ja powiem tak: upiecz w weekend chleb na zakwasie, zrób sobie sałatkę z buraków, orzechów włoskich i sera feta, zagryź to jabłkiem, upiecz kurczaka zagrodowego i ziemniaki… W międzyczasie idź na spacer, wyciągnij z piwnicy rower i pomknij nim w dal. Zły plan? Najważniejsze to nie dać się zwariować, bo 10 tysięcy lat temu, ktoś jadł jaszczurkę i zagryzał trawą 😉

A co Wy myślicie o diecie paleo? Czy faktycznie w kłosach tkwi zło, a jogurt może nam się rzucić do gardła? Napiszcie nam, co myślicie 🙂